Ziemiecice.eu

nieoficjalna strona

1945 - 1946

Email Drukuj PDF

W nocy 22.01.1945 r. do naszej wsi dotarła linia frontu, wojska niemieckie się wycofały - za nimi wjechały czołgi armii czerwonej, jeszcze wieczorem było wojsko niemieckie, w nocy zaczęła się strzelanina a rano stały radzieckie czołgi. Na polach kilku zastrzelonych żołnierzy po obu stronach frontu, Ludzie uciekali do piwnic, lecz to nie pomagało wiele. Żołnierze wyciągali mieszkańców na podwórka, na śnieg, sypały się pytania, których nikt nie rozumiał ,najlepiej było milczeć gdyż za każde niemieckie słowo poszły salwy w powietrze i kolby w ruch. Armia czerwona, to byli żołnierze radzieccy, ukraińscy a nawet polscy.

Front przeszedł - zostali tylko ci którzy szukali "łupu", wyciągali z szaf oraz kredensu najmniejsze szufladki i wołali "gdzie Gitler", to był tylko pretekst gdyż zabierali wszystko co popadli. Po paru dniach zwożono z pól trupów, Niemców pochowano na cmentarzu a 2 żołnierzy radzieckich zakopano na rogu ulic, Polnej i Mikulczyckiej, w ogrodzie u Gurowca pod gruszą (ta grusza parę lat rodziła olbrzymie owoce, lecz nikt ich nie jadł) po paru latach wykopano szczątki i przewieziono gdzieś na cmentarz żołnierzy radzieckich.

W nocy 22.01.1945 r. zastrzelono na rogatkach wsi braci Kowolików Franza i Johanna, którzy wracali na rowerach z pracy z popołudniowej "szychty", trzeciego kolegę cudem minęły kule, został w śniegu, lecz nad ranem wrócił do domu i opowiedział o tym zdarzeniu, był to Anton Szczeponik. Tragedia rozpoczęła swój bieg dopiero po paru dniach zobaczyliśmy, że granat przeleciał nad wsią od strony kolei, po drodze zabrał 2 kominy w Gilnera oraz Materie i doleciał do celu do leśniczówki w Goju, tam rozbił ścianę południową i zdemolował mieszkanie, na szczęście nikt nie zginął gdyż rodzina przed frontem wyjechała, był to gajowy Hilla. Byli i tacy którzy razem z żołnierzami na samochodach jechali i plądrowali, byli to tacy którzy znali język, sprawy te wyszły na jaw dopiero latem, kiedy to niektórzy zobaczyli swoje rzeczy u innych. We wsi mieszkało kilku Polaków (którzy także mieli obywatelstwo niemieckie), trzech z nich natychmiast dostało mundury i nawet po 2 karabiny to była pierwsza milicja pod wodzą pewnego kaprala, który po froncie został we wsi i szukał zemsty, był to człowiek obcy, nie wiadomo skąd, postrach wsi. Kapral ten to był człowiek nieszczęśliwy, który przeszedł ospę, twarz miał podziurawioną po chorobie. Kiedy żołnierze rabowali mieszkańcy biegali po milicjantów, lecz to było tylko złudzenie, gdyż jeżeli udało się milicji odsunąć żołnierzy, to milicja co wartościowsze zabierała na przechowanie, lecz i tak już nic nie wróciło do właściciela.

Jako taki porządek wprowadziła dopiero komendantura rosyjska, która zajęła Dwór i panowała tam przez półtora roku. Tam wszyscy którzy byli zdolni musieli pracować, za to otrzymywali jedzenie z kotła wojskowego. Pierwsze ofiary po froncie to rodzina Bednorz właściciele młyna. Następna tragedia to internowanie pod koniec lutego. Większość młodych i średnich wiekiem mężczyzn było zaciągniętych do wojny, więc nie było wielu mężczyzn we wsi. 22 lutego przyszedł rozkaz, że wszyscy mieszkańcy w wieku 17 - 55 lat zgłoszą się przed szkołą. Kilku żołnierzy oraz milicja prowadziła wszystkich przez pola koło młyna Jelina do Pyskowic, dzieci które biegały za rodzicami byty odprowadzane przez milicję do domu. We wsi zostały więc tylko dzieci oraz starzy. Następnego dnia przyszły kobiety, matki małych dzieci, do domu, te młode kobiety zostały do prac na kolei. Lecz mężczyzn zebranych z rożnych miejscowości wtłoczono do wagonów towarowych i wywieziono do Rosji. Duża część zmarła w drodze z głodu, z zimna, wyrzucano ich po drodze z pociągu. Prawie wszystkie pociągi przejeżdżały przez naszą kolej, znaleziono kartki, listy pożegnalne wyrzucane z pociągów. Wielu z nich nie wróciło, zginęli w Rosji, Mieszkańcy którzy nie wrócili: Bosek, Kocjan,Schlick, Jandek Wilhelm, Gluch Kari, Galonska Wilhelm, Konieczny Paul, Świtała Paul, Szczeponik Konrad, Mularczyk Johann, Troszka Wilhelm.

Lis Henryk wrócił w sierpniu i po 10 dniach zmarł, jesienią wrócili także i po paru miesiącach zmarli: Respondek Johann, Baksik Rudolf i Mainka Paweł, więc jeżeli ktoś wrócił to miał nikłe szansę przeżycia, taki był wycieńczony organizm.

Dalsze następstwa wojny:
Ci którzy wracali z wojny mieli kłopoty z zameldowaniem, gdyż była Polska a wracali Niemcy do domu. Ale te kłopoty były do załatwienia, najważniejsze, że wracali do swych rodzin. Niestety wielu z wojny nie wróciło, pozostały wdowy i sieroty.

Lista poległych z Ziemięcic, wg danych jest to 29 osób:

Rafał Cipa

Adolf Gasch

Richard Giliner

Josef Gurowiec

Jałowiecki

Rudolf Giliner

Edward Klencz

Alfons Kowolik

Erwin Kowolik

Konrad Kowolik

Rajmund Kowolik

Wincent Kowolik

Josef Mainka

Stanisław Mainka

Wilhelm Mainka

Wiktor Mainka

Karol lub Leopold Miczka

Fryderyk Milan

Maks Skande

Josef Pasternok

Ludwig Sikora

Stanisław Placek

Józef Szczotka

Reinhold Podleśny

Alfred Pudło

Longin Tomanek

Tomanek

Waldemar Woźny

Erich Woźnica.

Nie ma pewnych danych potwierdzających kiedy, chyba od zakończenia wojny tj. 8.05.1945 r. naszą wieś Ackerfelde nazwano Ziemięcice i tak pozostało. Życie toczy się dalej, koniec kwietnia 1945 r. zwołano wszystkich do szkoły, została podjęta decyzja o uruchomieniu szkoły, należało uczyć się polskiego, podzielono dzieci wg roczników na klasy, z tym, że dzieci rozpoczeły nauke w tych samych klasach w jakich przerwano szkołę niemiecką, rok szkolny trwał do czerwca 1946 r. Młodzież szybko się uczy, już po 2 latach rozmawiano po polsku, rodzice uczyli się razem z dziećmi, takie były początki polskości w Ziemięcicach, były też rodziny które już dawno znały język polski.

Uroczystość komunijna nie wyglądała tak jak dziś, do kościoła dzieci szły nieoficjalnie, w kościele nie za głośno, do domu nie grupą, niedaleko kościoła stał jeszcze czołg z żołnierzami. By zrobic zdjęcia komunijne trzeba było sprowadzić fotografa z Szałszy, zapłata to woreczek mąki, mąki było dosyć od żołnierzy z młyna. Jeszcze jedno zdarzenie wojenne, w ostatnich dniach marca 1945 r. w niedzielę palmową, kiedy około godziny 10:00 ludzie wracający z kościoła zobaczli walkę powietrzną, dwa samoloty radzieckie goniły niemieckiego "Stukasa", samoloty leciały od Gliwic, dokładnie ul. Polną. Samolot niemiecki został zestrzelony i spadł za ostatnim domem wsi. Pilot wyskoczył z samolotu gdy ten byt wryty w pole, na szczęście samolot nie wybuchnął, pilot uciekł do młyna Jelina, lecz tam złapali go Rosjanie. 2 morgi pola były zalane benzyną i olejem, przez 2 lata wykopywano naboje wryte w ziemię, pole na długo nieużyteczne, lecz bez odszkodowania, ani władze wojskowe ani cywilne nie starały się o wrak samolotu, aż po 2 latach ludzie sami go rozebrali.

Latem 1945 r. osiedli w Ziemięcicach repatrianci, tzn. Polacy wypędzeni przez Rosjan zza Buga, rodzina pokrzywdzona przez los, życie człowieka to ciągła walka. Naszą wioskę to też spotkało, kilka rodzin uciekło a kilka rodzin zmuszono do opuszczenia wsi, lecz ogólnie ze Śląska, szczególnie z Dolnego Śląska wypędzono wiosną kilka milionów ludzi na zachód, w to miejsce przybyli ludzie ze wschodu. Jedno z takich opuszczonych, wypędzonych miejsc było największe i najbogatsze gospodarstwo sołtysa Wilhelma Kowolika, wówczas sołtys to był "ojciec wsi" on musiał być najmożniejszy, pomagał biednym, piastował urząd państwowy, był kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego. Na wsi mieszkało około 30% ludzi biednych, jako lokatorzy, ci ludzie musieli zapracować na życie więc pracowali u gospodarzy na polu, najchętniej pracowali u sołtysa, gdyż ten najlepiej płacił, był to okres lat 30-tych do 1945r. Sołtys posiadał wszystkie, wówczas znane i używane maszyny rolne, nawet młocarnię z lokomotywą parową, która służyła całej wsi. Kiedy wiosną rodzinę sołtysa doprowadzono do wyjazdu na zachód, ten majątek prawie w całości rozebrano. Na ten majątek w lipcu 1945 r. przydzielono rządowo repatriantów, rodzina wielodzietna. Można sobie wyobrazić zdziwienie i niechęć ludzi na wsi wobec tej rodziny. Wówczas nikt nie wiedział dokładnie jaki smutny los tych przybyłych spotkał, nikt nie chciał im pomóc, przyjechali z jednym biednym konikiem. Rodzina ta jednak całego pola nie dostała, pole sołtysa i młynarza zostało rozparcelowane i wynajęte tym "mniejszym rolnikom", taki był rozkaz ówczesnego rządu. Sytuacja międzyludzka zmieniła się kiedy nadeszły żniwa, na wielohektarowe pole poszli razem z dziećmi do żniw z sierpami, kopce ze snopami robili tak wielkie, że trzeba było wchodzić drabiną. Zborze by zgniło gdyby je tak pozostawić na zimę. Na ten widok zmiękło serce sąsiadów rolników, przyszli z pomocą z maszynami, wypożyczyli co było potrzebne, gdyż wszystko trzeba było dostać pod dach i powoli maszyną młócili było co jeść. Szybko okazało się, że wszyscy jadą na tym samym biednym wozie. Rodzina Boczar, o nich mowa, znalazła nową ojczyznę oraz przyjaciół gdyż większość mieszkańców Ziemięcic to ludzie dobrzy z sercem dla innych. Po kilku latach w roku 1960 został wyświęcony Ksiądz Antoni Boczar, nikt nie wspomina już tych trudnych pierwszych miesięcy 1945 roku.

Na przykładzie tego historycznego epizodu widać ile krzywdy międzyludzkiej gotują nam "bohaterowie wojny", oficerowie, generałowie, politycy którzy bawią się na widok ginących ludzi, psychika ludzka jest tak słaba, podatna na złudzenia, które nam przedstawiają przywódcy bez mózgu. Dla Ziemięcic okres rozpaczy powojennej szybko minął a kiedy Ziemięcice opuściły wojska radzieckie wiosna 1946 r. życie wracało do normy. Z Dwory zrobiono PGR, była dla wielu ludzi praca, jak jest praca są pieniądze, a jak są pieniądze, choć najmniejsze, przychodzi radość z życia i powoli zapomina się o bólu.

 


Tekst pochodzi z książki p. Wilhelma Kowolika